Polska

Jeszcze kiedy synowie byli mali, zrobiła kurs pedagogiczny (z zawodu jest ekonomistką) i pracowała w przedszkolu i w szkole. - Oni byli szczęśliwi i ja byłam - mówi. Potem przez lata była kadrową. Tego chciała. Z końcem ubiegłego roku poszła do krakowskiego szpitala dziecięcego na Strzelecką.. Została wolontariuszką.

Wcześniej bywała w tym charakterze na oddziale onkologii w Instytucie Pediatrii w Prokocimiu. Dzieci cierpiały, zdrowiały albo odchodziły. Obok nich byli bliscy. Uśmiechali się, trzymali za rękę. - Poradzą sobie beze mnie - pomyślała.

Na Strzelecką miała bliżej, więc mogła być z dziećmi dłużej, odciążyć pielęgniarki, które zwijały się jak w ukropie.

Tomek od razu zwrócił jej uwagę. Mały, pokręcony, cichutki. Samiuteńki. Miał wtedy pół roku. Leciał przez ręce. Nawet główki nie trzymał. Nosiła go po dwie, trzy godziny dziennie. Stale chorował. Gdy rosła temperatura ciała - robił się szary. Jak popiół. Siniały mu usta. - Taka bida - mówi. A potem jeszcze ta Wielkanoc. Na patologii niemowląt było ciszej niż zwykle. Nawet bardzo chore dzieci dostały przepustkę. Został tylko Tomek. W rączkach miał wenflony, a w oczach przezroczysty smutek