Strony automatycznie dodane
Niebo nad portem miało barwę ekranu monitora nastrojonego na nieistniejący kanał. Jak zawsze, pomyślał VincentX, wychodząc powoli z ciemnej uliczki w dokach. Kulał i krwawił, ale za to przyjemnie ciążyła mu elektronika i broń warta najbidniej trzydzieści kawałków. Poza tym niósł parę kilo metamfetaminy nasączonej szmitem. Jaśniejący jadowitą zielenią elektroniczny zegar w lewym dolnym rogu pola widzenia pokazywał, że załatwienie gangu zajęło VincentX’owi prawie dwie godziny. Twardzi byli. Mieli elit augi, prochy i całą resztę.
Był zmęczony. Posuwał się strasznie wolno, a tęczowe smugi w całym polu widzenia – skutki uboczne działania narkotyków bojowych – nieco go dezorientowały. Już tylko dotrę do Manny’ego, starego mafijnego cepa, oddam mu skradziony towar i pójdę w kimę, obiecał sobie VincentX.
Po dłuższej chwili mijał już neony nocnych klubów Śródmieścia. Widział jak cepy kręciły się to tu, to tam, jak głupie, pijąc drinki, dając napiwki i cały ten szit. Mijał też mnóstwo takich jak on sam: Krawędziarzy. Obnosili się z nowoczesną bronią i wszczepionymi kilogramami złomu, fellow przez który nie przepuściłaby ich żadna bramka na lotnisku. Żyli na krawędzi, żywili się adrenaliną i to do nich należała noc, choć cepy-gliniarze byli za głupi, żeby znać swoje miejsce i gejowo ciągle starali się kogoś przyskrzynić, więc trzeba było na nich uważać, handlując tym i owym.fello
